W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X
Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / W desperackim poszukiwaniu słońca

Wieczorna gazetka kuchenna


W desperackim poszukiwaniu słońca

Przeczytałam właśnie na blogu pana Davida Lebowitza, najlepszego w moim mniemaniu autora książek o deserach, że z powodu chłodnej pogody (pan DL mieszka w Paryżu) nie zauważył wcale, że oto nadciągnął był czerwiec, miesiąc bądź co bądź letni. Dopiero widok stosów moreli i czereśni na ulicznym paryskim targu uprzytomnił mu, że jeszcze chwila, a będziemy mieli w Europie pełnię lata.

Pan DL precyzyjnie wstrzelił się w moje własne wrażenia – wprawdzie Belgii na razie nie zalało burzowym potopem ani nie obsypało gradem wielkości kurzych jaj, ale wieczory, które można by spędzić na tarasie, da się policzyć na palcach jednej ręki, a i to się człowiek nie zmęczy. Patrzę codziennie w prawy dolny róg ekranu komputera i jak byk widzę napisane, że jest czerwiec, a jest to wszak generowane elektronicznie i nijak (mimo niezbędnej inwigilacji służb wszelakich) kłamać nie może. A dzisiaj to zobaczyłam nawet, że jest już dwunasty tego miesiąca! A tu ani razu jeszcze tej wiosny (tej późnej wiosny!) nie usiadłam w restauracyjnym ogródku, by z Mężem (na przykład) spożyć jakąś lekką kolacyjkę, i to mimo faktu, że wiele takich tutejszych ogródków wyposażonych jest w specjalne podgrzewacze – przykra belgijska konieczność. Ratujemy się, jak możemy: zakładamy bluzy, swetry – ja mam taki specjalny „zielony sweterek”, mocno nadgryziony zębem czasu, a jeszcze mocnej zębami naszego setera ukochanego, który upodobał sobie przyjazne miamlanie rękawów tej właśnie części mojej garderoby – dokładamy rozmaite koce, poncha i pledziki i siadamy na ławeczce na tarasie, z kieliszkiem wina w dłoni, żeby choćby przez chwilę udać, że wieczór, w który akurat nie pada, automatycznie wyznacza zmianę pory roku.

Ale w końcu przecież jesteśmy dorośli i rozumiemy, wiemy i czujemy, że to nie to. I ciągle nam się marzą ciepłe, pachnące jaśminem, rozgwieżdżone gwiazdami (tak, wiem, że to masło maślane, ale taka niepoprawna figura literacka ma swoje uzasadnienie w anomaliach pogodowych, poza tym podoba mi się bardziej, niż sformułowanie „rozświetlone gwiazdami”, na przykład), owiewane leciutkim, ciepłym, przynoszącym wytchnienie po całodziennym upale wieczory. Ha.

I ten wstęp przydługi niech posłuży dziś jako wyjaśnienie, że Gazetka będzie nieco skromniejsza, niż zazwyczaj (to znaczy zazwyczaj wtedy, kiedy w ogóle jest). Udaję się bowiem za chwilę w miejsce, gdzie (Boże daj) słońca nie zabraknie, wietrzyk pachnący powieje od morza, palma nad głową zaszumi, a kelner o południowej urodzie (albo też rodak, kto wie) postawi przede mą smukły, oszroniony kieliszek z delikatnie musującym płynem, zwanym w lokalnym narzeczu „cava”… Tak właśnie, ludzie, zaraz lecę do Hiszpanii (Sitges i Barcelona)! W poszukiwaniu słońca! Lata! Nowych doświadczeń – Mężu drogi, miałam na myśli doświadczenia kulinarne, rzecz jasna.

(zdjęcie z Wikipedii, swoich jeszcze nie mam)

Mam zamiar wykąpać się w morzu. Kupić sobie letni kapelusz przeciwsłoneczny, z zaginanym rondkiem. Zjeść niejakie percebos z którymi dotąd nie miałam przyjemności. Tak w ogóle nie jeść nic poza rybami i owocami morza. Obejrzeć barcelońskie targi jedzeniowe. Kupić plan Sitges, a potem Barcelony – taki składany, papierowy. Zrobić wieczorną gira po rozmaitych barach, w poszukiwaniu najlepszej tapa w dziedzinie owoców morza. Obejrzeć parę zabytków, bo bardzo lubię oglądać zabytki. Poleżeć trochę (ale niezbyt długo) na leżaku i ponicnierobić w ciepełku. Zrobić dużo zdjęć roślinności i żywności. Spokojnie pomyśleć. I to wszystko jeszcze właściwie przed wakacjami!

Tak więc dzisiaj niewiele więcej mam wam do zaoferowania – może jeszcze przepis malutki, bo głupio trochę tak jechać w nieznane (tak, tak, Hiszpanię odwiedzam po raz pierwszy!) bez żadnego konkretu. A przepis to on ci będzie prosty, nieco do tapa w istocie swej zbliżony, choć z samą Katalonią nie mający wiele wspólnego – a mianowicie confit z kopru włoskiego, mojej ostatnio najulubieńszej jarzyny. Można toto po skonfitowaniu (jest taka forma) położyć na niedużej grzance i skonsumować w towarzystwie kieliszka amontillado, żeby pozostać w hiszpańskim nastroju…

A zatem bierzemy – powiedzmy – ze cztery bulwy kopru włoskiego i odcinamy im podstawy. Zdejmujemy wierzchnią warstwę i ewentualnie przycinamy nazbyt wybujałe zielone piórka. Płuczemy w zimnej wodzie. Kroimy każdą bulwę najpierw pionowo na pół, a potem każdą połowę znów pionowo na cztery do sześciu części, ale tak, żeby się jak najmniej rozleciały.

Na sporej patelni – tej, do której mamy dobrze dopasowaną przykrywkę – roztapiamy szczodrą łyżkę masła (weganie, ach mam jednak do Was sentyment – usmażcie koper na oliwie), a kiedy się rozgrzeje, wkładamy plastry kopru pojedynczą warstwą. Smażymy na średnim ogniu, aż koper usmaży się od spodniej strony na kolor pięknie złoty. W trakcie smażenia lekko całość solimy i (pardon) pieprzymy prosto z młynka oraz pilnujemy, żeby się nie przypaliła. Rumiane plastry odwracamy na drugą stronę i zmniejszamy ogień na maleńki. Patelnię przykrywamy i trzymamy koper w tych warunkach przez jakieś pół godziny. Zasadniczo powinien się skonfitować na własną rękę i we własnym sosie, ale jeśli zajrzymy do niego i okaże się, że ma skłonność do nadmiernego przypiekania się od spodu, dolewamy jedną-dwie łyżki wody i kilka kropli cytrynowego soku lub też tyle samo wytrawnego białego wina. Dolałam kiedyś też nieco ouzo i był to bardzo dobry pomysł, bo anyżek w ouzo podkreślił podobny w charakterze smak kopru.

Gotowe confit powinno być maślano miękkie, dające się pokroić widelcem, rozpływające się w ustach. Ja to uwielbiam, nawet bez tej grzanki i amontillado, ale jeśli ktoś nadal ma opory związane z koprem włoskim, w ten sam sposób może potraktować ostatnią już w sezonie cykorię – też jest znakomita, na swój lekko gorzkawy sposób.

A teraz to już naprawdę muszę lecieć, bo nie jestem pewna, czy w Iberii wiedzą, że ja się bardzo cieszę na ten pierwszy raz i mogą na mnie nie poczekać… A jeśli uda mi się zrealizować wszystkie moje hiszpańskie plany (lub choćby ich część), to za tydzień opowiem Wam, jak było.

Lecę, a w locie serdecznie wszystkich pozdrawiam,

katalońska chwilowo Natalka




Podziel się linkiem: