W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X
Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / Pan con tomate, tinto de verano oraz pimientos de Padrón, czyli słów parę o Barcelonie

Wieczorna gazetka kuchenna


Pan con tomate, tinto de verano oraz pimientos de Padrón, czyli słów parę o Barcelonie

Wykrakałam, oj wykrakałam – zachciało mi się poodpoczywać, pobyczyć na leżaku, powłazić do wody, poszlajać po Rambli takiej czy innej, bezkarnie zapomnieć o parasolce, posmakować katalońskich tapas rano, w południe i wieczorem… Plany, jak zapewne pamiętacie, miałam bogate, a tymczasem zamiast czterech dni w rozbuchanej słońcem Hiszpanii, udało mi się zrealizować zaledwie dwa z kawałkiem!

A wszystko przez nieszczęsnych Francuzów i ich upodobanie do zorganizowanego okazywania niezadowolenia z powodu warunków pracy oraz niewystarczających rzekomo płac. Szyki wakacyjne popsuł mi (oraz mojej Przyjaciółce, zwanej w tym kontekście Towarzyszką Niedoli) strajk paryskich kontrolerów lotu i – w konsekwencji – zamknięte niebo nad częścią Francji. Nasz samolot zwyczajnie został odwołany, o:

i udało się przebukować bilet dopiero na piątek, Bogu dzięki rano. Towarzyszka Niedoli i ja miałyśmy wielkie obawy co do tego, czy paskudni Francuzi raczą nas wreszcie wypuścić z belgijskich iście listopadowych klimatów, czy też będziemy zmuszone zakończyć naszą wyprawę w mojej kuchni, łkając donośnie przy kupionej w pobliskim supermarkecie cavie. Szczęśliwie kontrolerzy odpuścili, strajk przeniósł się na kolej i tak właśnie udało nam się odlecieć w stronę gorącej i zmysłowej, choć cierpiącej z powodu wysokiego bezrobocia wśród młodzieży, Hiszpanii.

Drodzy moi, nie będę Wam zachwalać Barcelony – kto był, ten widział zapewne więcej, niż ja (ha – nie bruździli mu francuscy kontrolerzy!), bąble na stopach miał jeszcze bardziej okazałe, w brzuchu burczało mu od perlistej cavy (osobiście preferuję włoskie prosecco), słońce rozjaśniało słowiańskie włosy na kolor stogu siana, na nosie pieżyły się piegi, w oczach kłębiły obłe kształty Casa Battló… Kto wie, może nawet taki ktoś trafił na ostrą pimiento de Padrón – podobno w całym talerzu tych smażonych na oliwie papryczek trafia się jedna wyciskająca łzy z oczu!

Kto zaś nie był, niech jedzie i zobaczy. A tymczasem litościwie oszczędzę mu opisów wąskich uliczek rybackiej Barcelonety, rozbuchanych w słońcu mozaik w parku Güell, radosnych ludzi nad szklankami tinto de verano, ulic ocienionych kwitnącymi drzewami, palm na miejskiej plaży… Powiedziałam: oszczędzę!

Ale za to opowiem, co tam jadłam.

A jadłam przede wszystkim pan con tomate, czyli po katalońsku pa amb tomàquet, zaś po naszemu chleb z pomidorem. Ale to nie był taki chlebek, jaki lubi Młodsze Dziecko – posmarowany masłem, przykryty cienkimi plastrami dojrzałego pomidora, posolony i za przeproszeniem popieprzony z młynka. Hiszpanie robią to inaczej – grillują ci oni mianowicie kawałki bagietki, a po ugrillowaniu nacierają je przeciętym pomidorem, po czym skrapiają miejscową oliwą i lekko solą do smaku. Ponoć czasem przed pomidorem występuje jeszcze nacieranie czosnkiem, ale nam się jakoś nie trafiło. Moja Przyjaciółka – która w międzyczasie przeewoluowała z Towarzyszki Niedoli w Bratnią Entuzjastkę Tapas – wolała, żeby na chlebku było tego pomidora sporo, o tak:

Podczas, gdy ja wolałam tylko myśl pomidorową, muśnięcie lekkie, zaróżowienie z kroplą oliwy, o:

To było nasze codzienne śniadanie – ha, ha, ha, przez cholerne francuskie związki zawodowe ta „codzienność” mogła się zrealizować tylko dwa razy – czyli bardzo dobra kawa z mlekiem razy dwa (bo jedna to za mało, jeśli chce się wytrwać w zwiedzaniu, boskim upale i jedynym skutecznym sposobie poznawania miasta, czyli na piechotę) oraz właśnie ten pa amb tomàquet, spożywane w ogródku przemiłej kafeterii tuż przy naszym hotelu, położonym na granicy dzielnicy „dobrej” i „złej”.

Chleb z pomidorkiem i porcja kofeiny pozwalały nam dotrwać do obiadowej porcji tapas. Zaraz pierwszego dnia rzuciłyśmy się łakomie na cały zestaw (przyznaję ze wstydem, że lekko turystyczny, ale choćbym nie wiem jak chciała, to nikt przy zdrowych zmysłach i tak mnie za rodowitą Hiszpankę nie weźmie) smażonych tapasów rozmaitych, ecce one:

Bardzo przepyszne świeże anchois, ośmiorniczki maleńkie, pierścionki kalmarów (ale nie w takim grubym cieście z mrożonki, tylko domowo robione), kawałki mątwy i moje najukochańsze, trudno w Belgii dostępne, cudowne, najwspanialsze na świecie, przepyszne i w ogóle - pimientos de Padrón (te zielone z przodu)! Żadna ostra się nie trafiła, ale i tak wtrząchnęłyśmy je w mgnieniu oka.

Smażone tapas wydały nam się znakomite, ale – jak się miało wkrótce okazać – był to najmniej błyskotliwy z naszych posiłków (i w dodatku leżał nam na żołądkach, co choć nie miało żadnych gastrycznych skutków, to jednak ograniczyło nasze wieczorne możliwości żywieniowe). Znacznie bardziej udał nam się ten oto talerz lokalnych wędlin:

zagryzany, rzecz jasna, pan con tomate i zapijany wcale nie cavą (ile można, poza tym alkoholowe bąbelki zajmują miejsce w żołądku i nie warto się tak zapychać, zwłaszcza, że jak już pisałam, prosecco lepsze), a znakomitą hiszpańską wodą mineralną Vichy Catalan. No dobrze, dobrze – czasem zapijałyśmy te pyszne drobiażdżki napojem o dźwięcznej nazwie tinto de verano, czyli czerwonym winem z lemoniadą i plastrami pomarańczy – pyszne i na upał idealne!

Ostatniego dnia, po kąpieli w Mar Bella (dziabnęła mnie meduza, ale to materiał na osobną opowieść!), trafiłyśmy do eleganckiej, baskijskiej tym razem tapasodajni, gdzie w sposób klasyczny podliczano klienta na podstawie ilości pozostawionych na talerzu wykałaczek, pozostałych po skonsumowaniu tapas. Każdy sam sobie nakładał te maleństwa z niesłychanie bogato zaopatrzonego kontuaru:

po czym spożywał z wielkim ukontentowaniem. O tu, na talerzu, mam przepyszne oliwki z anchois w oliwie i leciutko pikantną papryczką; kawałek fenomenalnego tuńczyka z drobno siekaną, zaprawioną octem winnym cebulką; grzankę z pieczoną papryczką piquillo, nadziewaną musem z tuńczyka, a także babeczkę z duszonymi w winie grzybami…

Ech, a to wcale nie było wszystko… Dzisiaj wydaje mi się nieprawdopodobne, żeśmy tyle zjadły, ale przecież to wszystko były porcyjki nieduże, w tym cały urok tapas, poza tym dużo chodziłyśmy i zwiedzałyśmy, bąble na stopach sobie produkowałyśmy, a słońce rozjaśniało nasze słowiańskie włosy na kolor siana…

A o solonym dorszu w oliwie i pomidorach, o ośmiornicy z ziemniakami oraz o tapas w hiszpańsko-francuskiej knajpie opowiem Wam innym razem. Może po wakacjach, kiedy dzień będzie już wyraźnie krótszy? Kiedy zawieje chłodem znad Syberii lub znad Morza Północnego nadciągną ołowiane chmury, by zlać tę część Europy marznącym deszczem?

A na razie pozdrawiam wszystkich niezwykle ciepło, upalnie wręcz,

Przedwakacyjna Natalka




Podziel się linkiem: