W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X
Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / Noworoczne duperszwance, czyli o kalendarzowym poczuciu winy oraz styczniowym samozadowoleniu

Wieczorna gazetka kuchenna


Noworoczne duperszwance, czyli o kalendarzowym poczuciu winy oraz styczniowym samozadowoleniu

W którąkolwiek stronę się obrócę, tam jakieś noworoczne postanowienie. Albo obietnica. Albo szczera chęć poprawy w dowolnej dziedzinie. Wszyscy wokół coś zamierzają: schudnąć, zmądrzeć, przejść na wegetarianizm, przestać palić/pić/znęcać się nad staruszkami/upokarzać dzieci/bić psy lub głodzić koty (niepotrzebne skreślić) lub zacząć biegać/zdrowo się odżywiać/podlewać kwiatki/gotować (niepotrzebne jak wyżej). A wszystko najlepiej od razu, już od ocknięcia się z bolącą głową około południa w Nowy Rok.

Wszystko to dowodzi, jak strasznie jesteśmy z siebie niezadowoleni na co dzień, i jak bardzo nie lubimy tych nas, których oglądamy co rano przy myciu zębów (dalekie à propos – czyż mycie zębów i ścielenie łóżka nie są najnudniejszymi czynnościami pod słońcem?). Co ciekawi mnie w tym wszystkim najbardziej – ta niechęć do nas samych podlega kumulacji zgodnie z kalendarzem, umownym przecież! Pierwszego stycznia patrzymy na siebie uczciwie (ha ha) i krytycznie, spisujemy wszystkie rzeczy do poprawki (czy przypadkiem nie te same, co w zeszłym roku aby?), z wiarą i ufnością patrzymy w jasną przyszłość, trwamy w postanowieniach do lutego-marca (wersja dla wytrwałych, większość załamuje się w trzecim tygodniu stycznia), po czym nasz szacunek do siebie zaczyna maleć, wiara w „lepszych nas już od jutra” słabnie, pojawia się niezadowolenie, nasilające się wraz z upływem kolejnych miesięcy, by osiągnąć swe żałosne apogeum w grudniu, tak około Bożego Narodzenia. Smutny to paradoks, zważywszy fakt, że tradycyjnie są to najcieplejsze (w sensie emocjonalnym) święta, czas radości i pojednania wszystkich ze wszystkimi oraz wszystkiego ze wszystkim… Dociągamy jakoś do Sylwestra, picując i pudrując nasze już-niemal-zeszłoroczne niedociągnięcia na Wielki Bal, po czym budzimy się zmięci w zupełnie nowym roku, zastanawiając się, czemu, ach czemu znów skusiliśmy się na whisky z colą pomiędzy butelką szampana a zmrożoną czystą do śledzia, że o ajerkoniaczku en passant nie wspomnę… Po prostu staraliśmy się zapomnieć o strasznych zeszłorocznych nas, nic innego! Stąd właśnie wszystkie te łomotania się w pierś już pierwszego stycznia, robienie list z wykrzyknikami, zastanawianie się, którą część własnego ciała, duszy lub umysłu zmienić w pierwszej kolejności. Pierwszego stycznia zeszłoroczni my wydajemy się sobie żałośni, bylejacy, brzydcy, utuczeni, niesprawni fizycznie i umysłowo, ubodzy i bezwartościowi. A przed nami cały nowiuteńki rok na to, by ukształtować samych siebie… I tak w kółko.

Ja też jestem z siebie niezadowolona. Też powinnam schudnąć i zmądrzeć, zacząć biegać, a przede wszystkim podlewać kwiatki. I też robię listy „do poprawki”, obiecuję sobie to i owo, określam cele, spisuję zadania i wyznaczam terminy. Tylko że u mnie nie ma to jakoś związku z kalendarzem, a już na pewno nie doznaję zapaści w okolicach Bożego Narodzenia. Grudzień to mój najulubieńszy miesiąc, jeden z niewielu, kiedy naprawdę jestem z siebie zadowolona (kiedyś mówiło się „rada”…) i żaden egotyczny zjazd się mię nie ima. Nawet jeśli nie uda mi się zrobić wszystkiego, co zaplanowałam – vide zabawki na choinkę, na produkcję których zamierzam co roku poświęcić wszystkie grudniowe niedziele i nigdy mi się to nie udaje – patrzę na siebie świątecznie i życzliwie, i nawet potrafię sobie wytłumaczyć, że (w tym kontekście) tych ozdóbek i tak jest za dużo. Tak, grudzień jest miły, przewidywalny, ciepły, smacznie pachnący (nawet jeśli jest to głównie kapusta, to jednak z grzybami!), dobrze oświetlony – wiecie, co mam na myśli: kiedy idziemy ulicą już po zapadnięciu zmroku i zaglądamy ludziom w okna, to światło w nich zapalone ma o tej porze roku szczególnie ładny odcień, zwłaszcza, jeśli patrzymy na nie przez padający śnieg (no chyba żeby jacyś ludzie mieli w domu jarzeniówki, ale od takich po prostu odwróćmy litościwie wzrok). Może na światło codziennej lampy nakłada się poblask lampek choinkowych? Może gdzieś stoi kilka zapalonych świec? Albo może ludzie mają świąteczną potrzebę skromniejszego światła i rezygnują, choćby tylko grudniowo, z pełnego blasku żyrandola? Takie grudniowe ciepło daje mi poczucie zadowolenia jeszcze na cały styczeń, a może nawet i na kawałek lutego!

Ale tak naprawdę to wcale nie zamierzałam dziś brnąć w jakiekolwiek głębsze refleksje, Boże broń. Chciałam właściwie tylko podzielić się moim własnym samozadowoleniem poświątecznym – tym, że upiekłam w Boże Narodzenie (czyli tak zwany Pierwszy Dzień Świąt) całego wielkiego indyka z nadzieniem z kasztanów z żurawinami i koperkiem, i że był dopieczony, ale i nie wysuszony. Że udało mi się w ciągu kolejnych świątecznych i poświątecznych dni twórczo zutylizować górę pozostałego indyczego mięsa – tu wtręcik maleńki: otóż podobno Anglosasi kupują indyka w rozmiarze większym, niż nakazuje rozsądek oraz przewidziana ilość osób do nakarmienia, po to tylko, by potem przez kilka dni z lubością zajadać „leftovers”, najchętniej w postaci kanapek (chleb-zimne mięso- zimne nadzienie- sos żurawinowy-majonez), sałatek (ryż lub makaron oraz wszelkie świąteczne resztki – majonez lub winegret) oraz curry (resztki indyczego mięsa oraz towarzyszących mu w pierwszej odsłonie warzyw plus mniej lub bardziej domowy sos na bazie gotowej żółtej mieszanki), które to danie, moim zdaniem, pełni na Wyspach rolę naszego karpia – mało kto go naprawdę lubi, ale tradycyjnie przecież musi być!

U nas natomiast wszystkie mięsne pozostałości indyka zostały skonsumowane – ba, pożarte! – w postaci gyrros. Plany były ciut inne – chciałam zrobić indyczy pilaw z ryżu z suszonymi żurawinami i świeżym granatem albo też fajitas z papryką i awokado, zaś już zupełnie ostatnie resztki zemleć i zalać roztopionym masłem z gałką muszkatołową – byłaby świetna pasta do kanapek! Ale Mężowi coś się pokręciło i w jego pamięci z połączenia pilawu z fajitas powstał… gyrros, którego to dania zaczął się domagać w drugi dzień Świąt. W sprawach kulinarnych jestem raczej uległa, i jeśli ktoś się czegoś domaga, zazwyczaj spełniam to życznie. Wyprodukowałam zatem grecki gyrros z resztek brytyjskiego indyka, w polskiej kuchni na belgijskiej ziemi. No i okazało się, że był to świetny pomysł, bo indyk w tej postaci* zniknął, jak sen jaki złoty, wraz z towarzyszącymi mu tzatzikami, pitą i masą świeżych warzyw (dla zdrowotności po nadmiarze świątecznych protein)!!!

Trudno się zatem dziwić, że jestem w styczniowy sposób zadowolona. Poza tym paliliśmy świeczki na choince (vide zdjęcie), ku zgrozie wszystkich Przyjaciół i Znajomych – i nic się nie spaliło. Siedzieliśmy rodzinnie na kanapie i oglądaliśmy świąteczne filmy produkcji anglosaskiej. Dostałam wspaniałe prezenty i masę życzeń (dziękuję wszystkim!). Nie słuchałam radia ani nie oglądałam telewizji, więc się nie denerwowałam, za to przeczytałam dużo książek i pism, w tym kulinarnych. Wcale się szczególnie nie obżarłam, zaś w Sylwestra poszliśmy całą rodziną na „Hobbita” (ach, jaki ten Thorin Dębowa Tarcza piękny, wzdychałyśmy z Młodszym Dzieckiem co chwila)! No i co tu poprawiać…

Nie chciałabym nikogo, rzecz jasna, zniechęcać do wzniosłych postanowień – ze szczególnym naciskiem postuluję, by wszyscy, których to może dotyczyć, przestali znęcać się nad staruszkami, dziećmi oraz zwierzętami. Porzucenie zgubnych nałogów też byłoby mile widziane i na pewno dobrze zacząć natychmiast (cóż to zresztą za przyjemność wychodzić na papierosa na balkon, gdy na dworze trzaska mróz?). Natomiast jeśli chodzi o przechodzenie na wegetarianizm, to najmilej się to robi u progu lata, kiedy świeże warzywa i owoce rzucają się nam pod nogi, wołając: „Zjedz mnie, zjedz mnie!” Największą motywację (a więc i największą szansę na sukces) w sprawie odchudzania mamy wówczas, gdy realną staje się perspektywa zdjęcia dżinsów i założenia bikini! Jeśli zamierzamy natomiast zmądrzeć, to każdy moment jest dobry, więc też nie musi być tak od razu…

Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie,

zimowo zadowolona z życia

Natalka

* Gyrros z indyka (z poświątecznych resztek)




Podziel się linkiem: