W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X

Piece of cake

Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / „Jadłam w…” - Le Coq en Pâte (i nie tylko), część druga

Menu


Wasze komentarze

Ciekawostki i specjały kulinarne wprost do Twojej skrzynki. Podaj adres e-mail:


Partner

Dodaj Gazetkę do Google


Wieczorna gazetka kuchenna


„Jadłam w…” - Le Coq en Pâte (i nie tylko), część druga

Chciałabym opowiedzieć Wam o rozkoszach lokalnego żywienia, o przyjemności stawania się stałym bywalcem, o urokach spożywania posiłku wśród miejscowych staruszków (z całym szacunkiem, dla mnie określenie „staruszek” jest czuło-pieszczotliwe), o wspaniale funkcjonującym biznesie rodzinnym... A także o cudownej andaluzyjskiej mojamie.

Na łamach poprzedniej „restauracyjnej” Gazetki nie zmieściła się już recenzja z tytułowej restauracji Le Coq en Pâte. Recenzja, gdy już do niej dojdziemy, będzie zdecydowanie entuzjastyczna, jako że dawno nie byłam w tak interesującym kulinarnie miejscu i nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła powtórzyć to doświadczenie (tu zwracam się do Czytelniczek: nie macie przypadkiem takiego wrażenia, że najmilej jest, gdy Wasz partner/Wasza partnerka wraca do domu i mówi, żebyście się ładnie ubrały, bo właśnie zamówił/zamówiła stolik w jakiejś sympatycznej knajpie? Tak zupełnie niespodzianie, ex promptu, bez uprzednich wielodniowych konsultacji…). Zanim jednak wybuchnę zachwytami, chciałam jeszcze opowiedzieć Wam o rozkoszach lokalnego żywienia, o przyjemności stawania się stałym bywalcem, o urokach spożywania posiłku wśród miejscowych staruszków (z całym szacunkiem, dla mnie określenie „staruszek” jest czuło-pieszczotliwe), o wspaniale funkcjonującym biznesie rodzinnym.

Otóż na co dzień – raczej na co tydzień z przerwami… – moim ulubionym miejscem jest sterrebeecka restauracja Kasteelhoeve (http://www.kasteelhoeve-sterrebeek.be/). Jest to przedsięwzięcie zdecydowanie familijne – Tatuś (z pomocnikami) w kuchni, a Mama z Synem jako obsługa, zarówno baru, jak i samej restauracji, wcale nie tak małej! Wnętrze bardzo przyjemne, współczesne, ale przytulne, choć absolutnie nie w stylu niemieckiej Gemütlichkeit: żadnych poduszek, maskotek, figurynek i haftów w ramkach na ścianach. Wszystko utrzymane w apetycznej tonacji brązowo-kremowej, boazeria na ścianach, nieduże stoły i eleganckie krzesła. Wszystko razem ładnie i nienachalnie oświetlone, muzyka dyskretna, co jest istotne, gdyż nawet w porze lunchu sala potrafi być zapełniona do ostatniego stolika.

Po kilku już wizytach Matka z Synem witają Was miłym, rozpoznającym uśmiechem – ale nie oczekujcie żadnego poklepywania po plecach, żadnych całusów czy pytań wykraczających poza standardowe: „jak się pani ma?”. To w końcu Flamandowie – wylewności nie rozpoznaliby nawet, gdyby im się przedstawiła z imienia i nazwiska.

Wbrew temu, czego moglibyście się spodziewać po przedsięwzięciu familijnym, dania podawane w Kasteelhoeve to nie „obiady domowe”– żadnej amatorszczyzny, pomysłowo i w zgodzie z porami roku skomponowane dania podawane są w profesjonalnie elegancki sposób. Pewne cechy „domowości” pojawiają się w zmienianym codziennie „daniu dnia” – bardzo rozsądnie skalkulowanym cenowo, zwłaszcza że w ramach skromnych dwunastu euro można zjeść także zupę lub sałatkę. Nie jestem szczególną wielbicielką zup, więc zawsze wybieram sałatkę – tak trochę w amerykańskim stylu. Tu mała dygresja: piętnaście lat temu mieszkałam małą chwilkę w Bawarii, w Garmisch-Partenkirchen. Bywaliśmy wówczas w restauracji prowadzonej i odwiedzanej niemal wyłącznie przez Amerykanów (i dostosowanej do ich gustów). Strasznie mi się tam podobało, zwłaszcza, że nigdy nie byłam w Stanach (i to mi do dzisiaj zostało, niestety). A w tamtej restauracji każdy posiłek obowiązkowo zaczynał się właśnie od talerza zieleniny – nie przypominam sobie żadnej przystawki poza sałatką. My – młodzi, nieobyci, niedoświadczeni i nieśmiali – zawsze zamawialiśmy sałatkę pierwszą z listy (najprostszą, czyli mieszaną), ale głodnymi oczami przybyszów zza dopiero co roztrzaskanej Żelaznej Kurtyny spoglądaliśmy na talerze światowych bywalców: sałaty w najróżniejszych odmianach przybrane były gruszkami, egzotycznymi owocami, krewetkami… I dlatego teraz się odgrywam ;-)

Wracając zaś do „dań dnia” w Kasteelhoeve: nawet proste standardy belgijskiej kuchni pokazują zainteresowanie kucharza wykonywanym zawodem - niezmiennie popularny dorsz w białym sosie z piure ziemniaczanym, mocno doprawionym gałką muszkatołową (potrawa uwielbiana przez Belgów, przeze mnie darzona platonicznym szacunkiem) zyskuje dodatkowo przez zapieczenie na szpinaku i pod skorupką z belgijskiego sera; zwykła pierś z kurczęcia polana jest kremowym sosem z różowym pieprzem i podana w towarzystwie złotych krokiecików ziemniaczanych i szczodrej porcji sałaty z domowym winegretem.

Moją najulubieńszą opcją jest jednak „lunch tygodnia”: przystawka i główne danie (po dwa do wyboru) i kawa. Mam wielką wiarę zarówno w „dania dnia”, jak i „lunche tygodnia”, gdyż powstają one z prawdziwego natchnienia zarówno kucharza, jak i rynku. I tak jadłam już cudny szaszłyczek z przegrzebków i krewetek z dwoma rodzajami suszonych wędlin (przystawka ta okazała się tak popularna, że weszła na stałe do karty). Jadłam też prześlicznie podaną terrine z foie gras z tradycyjnie słodkimi dodatkami oraz krewetki w kremowym sosie paprykowo-pomidorowym. Wśród dań głównych na szczególnie czułe wspomnienie zasługuje spożyty późną jesienią filecik z zająca z duszoną cykorią i gruszką nadziewaną borówkami (Mąż też był pod wrażeniem, choć oddał mi cykorię, bo jakieś granice muszą przecież być*).

W Kasteelhoeve dobrze też sobie radzą z typowymi dla belgijskich restauracji daniami: stek jest wysmażony tak, jak sobie życzyliśmy, frytki chrupią z wierzchu, pozostając miękkimi w środku, zaś mule są duże, soczyste i ugotowane „akurat” (nie półsurowe, nie gąbczasto-podeszwowate).

Jeśli jednak żadna z lunchowych propozycji nie wzbudzi mojego entuzjazmu, pozostaje karta – krótka i korygowana zgodnie z porami roku. I już na samym początku trafiamy na absolutny hit: mojama!!! Jeżeli, podobnie jak ja, zetknęliście się z tym słowem po raz pierwszy, spieszę donieść, iż jest kawałek tuńczyka poddany najpierw próbie soli (na jakieś dwa do trzech dni), a potem ususzony w bezlitosnym andaluzyjskim słońcu (Tatuś-kucharz ma wyjątkowy sentyment do kuchni hiszpańskiej). Ci, którzy nie uwierzą moim słowom, zajrzą zapewne do Wikipedii i zostaną (słusznie) za swój brak wiary we mnie ukarani: na zdjęciu, dołączonym do enigmatycznego artykułu, zobaczą niesłychanie nieatrakcyjne kawałki czegoś podejrzanie brązowawego, tłustego i lśniącego. Ci natomiast, którzy wierzą (w moje zapewnienia, rzecz jasna) i udadzą się przy najbliższej okazji do Kasteelhoeve, zostaną (słusznie) nagrodzeni: na białym prostokątnym talerzu ujrzą przed sobą rząd cieniutkich plasterków czegoś intrygująco słonego, o pięknej łososiowej barwie i marcepanowej kruchości. Owo dzieło sztuki dopełnione będzie odrobiną hiszpańskiej oliwy najwyższej jakości i kilkoma solonymi, rumianymi migdałkami. Niebo w gębie!

W Kasteelhoeve jadłam też jedno z tych dań, które – choć proste – zostają w pamięci na zawsze: trzy rodzaje ryby (bodaj łosoś, dorsz i halibut, ale głowy nie dam, bo zachwyt pozbawił mię pamięci detalicznej), kilka muli i krewetek delikatnie ugotowanych w cudownym rybnym rosołku, podprawionym pomidorami i papryką, idealnie klarownym, pachnącym i przejmującym prostotą. Podają do tego miseczkę z gotowanymi kartofelkami w mundurkach – Belgowie cenią sobie węglowodanowe uzupełnienia białkowego głównego dania – ale tak naprawdę nic więcej, prócz kieliszka białego wina, nie trzeba. Spróbuję któregoś dnia odtworzyć to danie w domu, podzielę się wówczas z Wami przepisem.

Jeszcze tylko jedno słowo: restauracja w porze lunchu jest zazwyczaj pełna, zaś średnia wieku oscyluje między sześćdziesiąt a siedemdziesiąt (uwielbiam to – ciągle jestem najmłodsza i najpiękniejsza na sali ;-)). Najbardziej wzrusza mnie pewien starszy pan, zwany przez moją rodzinę Staruszkiem Spod Okna – pan ów, w kwiecie wieku pod dziewięćdziesiątkę, jest w Kasteelhoeve zawsze, ilekroć się tam pojawimy. Siedzi zawsze przy tym samym stoliku pod oknem (stąd pseudo), notabene dokładnie tym, który widać na zdjęciu na internetowej stronie restauracji. Porto na aperitif, piwo lub wino do głównego dania, notabene wybieranego częściej z karty, niż propozycji wypisanych kredą na tablicach… Cudowne. Chciałabym mieć taką starość. Chciałabym mieć taką restaurację.

No i patrzcie, znów się nie zmieściło czułe wspomnienie z Le Coq en Pâte…
Do następnego razu zatem,

Wasza stała bywalczyni (w każdym razie w Kasteelhoeve) Natalka

* jak powiedział Ribbentrop do Mołotowa




Podziel się linkiem: