W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X
Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / Fortuna dynią się toczy… czyli Gazetka z konieczności dyniowata

Wieczorna gazetka kuchenna


Fortuna dynią się toczy… czyli Gazetka z konieczności dyniowata

Motto: Drogi Czytelniku, podpowiedzże Ty mi, Jak by tu dowcipnie napisać o dyni!

Bo też i nic zabawnego w dyni nijak ujrzeć nie mogę. Jeszcze jesienią, to rozumiem – te wszystkie faktury, kolory, kształty (nieraz doprawdy interesujące), w dodatku malowniczo ułożone na straganach… One nawet nie są malowniczo UŁOŻONE – wystarczy po prostu zgromadzić kilka dyń do kupy i już mamy martwą naturę prima sort, żadna wyobraźnia przestrzenna ani talent plastyczny nie są wymagane. Tak, jesienią dynie zajmują ważne miejsce w aranżacji przestrzeni publicznej i prywatnej (oparł się ktoś z Was kiedykolwiek pokusie nabycia dyni, łakomie zerkającej na Was na targu?!), jak również w planowaniu menu – nic tak nie osładza pierwszego zimnego wieczoru, jak miska gorącej, słonecznej zupy z dyni, ha! – zima niestraszna, jakoś do wiosny dociągniemy!

Ale teraz, zimą, kiedy nawet w Krainie Deszczowców mróz ścisnął, a jeszcze zanim ścisnął, to śnieg popadał, więc ogólnie krajobraz jest zimowy, do dyni jakoś nie mam tyle serca. Myśli moje bardziej kapuściane teraz, selerem spowite, cykorią okraszone, brukselką nawiedzane… A tu w garażu, jak wyrzut sumienia, dziesięć dyń dorodnych, w różnych (w istocie) kolorach, fakturach i kształtach, czeka swego losu, odpracowawszy jesienią swe dekoracyjno-halloweenowe powinności. Nie miałam serca ich tak po prostu wyrzucić, zapewniłam im chwilowy azyl w towarzystwie naszych pojazdów. Ale dynie zaczęły ostatnio okazywać oznaki przeterminowania, a jedna nawet rozpłynęła się w zupełności, postanowiłam zatem skrócić te męki i dynie przerobić. Dziesięć dyń (było więcej, ale część nie nadawała się już jednak do współpracy, zaś kilka udało mi się upchnąć u różnych Przyjaciółek, he he). Ugotuję zupę – pomyślałam. Ale będę musiała sama ją zjeść – odmyśliłam samej sobie. Raz, drugi – da się, lubię zupę z dyni (byle nie za gęstą i ma być dobrze przyprawiona!), ale trzeci i czwarty?! No ile można?

Tak, czy owak, jedna spora dynia wymagała szybkiej interwencji, bo zrobiła się jej plamka na boku, a jak już się taka plamka pojawi, to szast-prast i całą dynię szlag trafia w pięć minut. Plamkę wycięłam z dużym zapasem, w środku dynia była jędrna i zdrowa, jak marzenie! Nie mogąc się zdecydować na jakieś konkrety, pocięłam delikwentkę na kawałki, oblałam oliwą, posypałam kminem rzymskim, koprem włoskim (nasionami) i kolendrą w ziarnkach, po czym upiekłam w 180 stopniach, aż zaczęła się przypiekać na krawędziach.

Po wystygnięciu odcięłam skórkę, część zjadłam od razu, bo jednak taka dynia jest naprawdę bardzo smaczna, a część zmiksowałam i wepchnęłam do zamrażalnika. Ogólnie zapewne zamrażalnik mógłby rozwiązać mój dyniowy problem, gdybyż, ach gdybyż był ciut większy! Zmieściło się jedno spore pudło piure i dwa mniejsze z dynią na sernik, więcej nie miało żadnych szans - na ten sernik dyniowy to ja kiedyś napiszę przepis, jest on samego Gordona Ramsaya i wymaga nieco kuchennego zaangażowania, ale warto, bo jest bardzo pyszny… No i zużywa całkiem sporo (całe 700 gramów!) dyni, co też jest nie do pogardzenia! Moim największym problemem w szukaniu przepisów na satysfakcjonujące spożytkowanie dyni jest właśnie ilość zużytkowywanego surowca – wśród setek książek kucharskich, magazynów kulinarnych i wycinków zawsze coś nowego z dyni znajdę, choćby zgodnie z regułą prawdopodobieństwa, ale najczęściej okazuje się, że do zrobienia takich, dajmy na to, babeczek, potrzebuję dwie ŁYŻKI piure z dyni! Albo – w najlepszym razie – szklankę… Nie, tak nie będziemy się z dynią bawić, w moim przypadku konieczne są rozwiązania o charakterze globalnym. Poszukałam zatem i znalazłam, w świeżutko nabytej książce „Salt Sugar Smoke” Diany Henry, przepis na trzy czwarte kilo dyni za jednym zamachem, w dodatku na pikle o charakterze indyjskim!

Achar, bo tak się one nazywają, to słodko-kwaśne warzywa konserwowane w oleju, używane jako dodatek do curry, podobnie jak chutney. Ponieważ moim ulubionym momentem w każdej indyjskiej knajpie jest ten, w którym wnoszą pieczywo i srebrną tacę z miseczkami różnych pyszności do maczania (właśnie chutneye, relishe, raity i inne sosiki bądź pikle), złapałam najbardziej potrzebującą nowego wcielenia dynię i zrobiłam:

Achar z dyni:

bierzemy ¾ kg (czyli 750 g) dyni o intensywnie pomarańczowym wnętrzu. I tyle bym właśnie radziła wziąć, mówię z doświadczenia, bo chcąc zużyć za jednym zamachem więcej posthalloweenowego dobra, zrobiłam od razu podwójną porcję i wyszło mi dwanaście słoików! No i ciekawam teraz bardzo, kto to będzie jadł, bo Mąż kuchni z kręgu kultury indyjskiej „nie uważa” (bo, jak mawia, najważniejsze to mieć zasady), Starsze Dziecko na widok dyni przeznaczonej do jedzenia ucieka z krzykiem (choć, hm, jakoś nie dotyczy to sernika dyniowego…), zostaje zatem Dziecko Młodsze (zawsze chętne zarówno do jedzenia, jak i przypodobania się mamusi) oraz moi-même, która to ja zjem wszystko, ale ileż można w siebie tej dyni wepchnąć!

Wracając do meritum cucurbitum* – obieramy nieszczęsną dynię ze skórki, pestek i tych wewnętrznych włókien, po czym kroimy w zgrabną kostkę o boku około centymetra. Nastawiamy duży gar wody, a kiedy się zagotuje, wrzucamy dyniowe kostki i gotujemy minutę do półtorej, licząc od momentu powtórnego zagotowania się wody (czyli wody z dynią). Odcedzamy na durszlaku, przelewamy zimną bieżącą wodą tak długo, aż dynia ostygnie, następnie zaś otulamy ją czystą ściereczką, aby usunąć niepotrzebną już wodę.

Teraz robimy całą resztę: sporą cebulę obieramy i kroimy w kawałki. Kawałek imbiru, powiedzmy o długości 3 centymetrów, obieramy ze skórki i kroimy w mniejsze kawałki (to wszystko zaraz zmiksujemy, ale trzeba trochę maszynie pomóc). Dwie czerwone papryczki chilli pozbawiamy ogonków i nasion i też kroimy w kawałki. Toż samo czynimy z 6 dorodnymi ząbkami czosnku, oczywiście obranymi ze skórki.

Cebulę, imbir, papryczki i czosnek wkładamy do malaksera (albo blendera) i miksujemy na gładką masę, dolewając en passant 150ml oleju słonecznikowego.

Kiedy osiągniemy już w malakserze stan piure, na dużej i głębokiej patelni rozgrzewamy jeszcze trochę oleju – 50ml, czyli szczodre 3 łyżki. Kiedy olej się dobrze zagrzeje, wkładamy całą cebulową zawartość malaksera i smażymy na niedużym ogniu (gotujemy bardziej, zważywszy ilość płynu), co jakiś czas mieszając, przez 10 minut. Teraz dodajemy łyżkę turmeriku (Turmerik (zwany też kurkumą)), 3 łyżeczki mielonej gorczycy i tyleż samo gorczycy w całości oraz 2 łyżeczki czarnego pieprzu w ziarnkach, zgniótłszy go wpierw w moździerzu. Mieszamy i gotujemy dalej, kolejne 5 minut, uważając, żeby nie zaczęło przywierać.

W tak zwanym międzyczasie szorujemy w gorącej wodzie 6 do 8 limetek – potrzeba nam będzie drobno starta skórka z 4 owocków, zaś soku musi być 100ml. Skórkę i sosk dodajemy do cebuli z przyprawami, dolewamy jeszcze szklankę octu z cydru lub białego wina, solimy do smaku i dosypujemy 300g cukru. Gotujemy, mieszając, aż cukier się rozpuści, po czym doprowadzamy do wrzenia i zdejmujemy z ognia, żeby wystygło – pachnie pięknie!

Do zimnej marynaty wkładamy dyniowe kostki, stawiamy znów na ogniu i zagotowujemy. Gorące pikle przekładamy do słoiczków, uprzednio wysterylizowanych. Dynię upychamy tak, żeby na wierzchu byłą warstwa oleju, po czym zakręcamy i odstawiamy do góry nogami, pozostawiając je w tej pozycji, aż wystygną.

Co do czasu przechowywania, to szczerze wyznaję, że nie wiem – pani Henry pisze, że wytrzymują zaledwie miesiąc, ale mnie się wydaje, że powinny dłużej, mają w sobie przecież i ocet, i cukier, i masę przypraw o charakterze konserwującym. Zobaczymy.

Co do moich dyń – zostały mi jeszcze cztery halloweenowe, z czego jedna całkiem spora, jakieś siedem kilo na oko ważąc. A wczoraj w ekologicznych warzywach też była dynia… No błagam – ILE MOŻNA?!

Pozdrawiam serdecznie,

przygnieciona dużą dynią

Natalka

PS. A o dżemie dyniowym i tym serniku będzie za tydzień albo dwa.

*żarcik taki, słowny…




Podziel się linkiem: