W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X

Piece of cake

Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / Kisielek jest dobry na wszystko…

Menu


Wasze komentarze

Ciekawostki i specjały kulinarne wprost do Twojej skrzynki. Podaj adres e-mail:


Partner

Dodaj Gazetkę do Google


Wieczorna gazetka kuchenna


Kisielek jest dobry na wszystko…

Po przedostatniej Gazetce (Instytucja jadłospisu, czyli o karmieniu sterowanym odgórnie) dostałam dwa maile. Nie jest to może ilość porażająca, ale postanowiłam właśnie na nich oprzeć dzisiejszą Gazetkę, bowiem za nic nie chciałabym wywołać wrażenia, że się do mnie pisze, a ja nie reaguję, ergo - lekceważę głos Czytelnika/Czytelniczki. Absolutnie bym nie chciała, gdyż nic nie lekceważę, wręcz przeciwnie – głęboko poważam.

I otóż dostałam maila od Magdy (Maggie) z Chicago, w sprawie kisieli (pamiętacie może, wspominałam o nadreprezentacji tego deseru w dawnych polskich książkach kucharskich): „.... a mnie kisiele kojarzą się z czasami studenckimi, które to czasy wspominam jako cudowne i niepowtarzalne, ale kisiele były w nadmiarze (często zastępowały awaryjnie jeden z posiłków z powodu "chudego portfela") i przestałam je lubić niezależnie od smaku.” W to chętnie wierzę, bo co za dużo, to niezdrowo. Ta uwaga jednakże wywołała lawinę wspomnień i skojarzeń – pamiętam, na przykład, jedyny w swoim rodzaju kisiel, jaki udało się wyprodukować moim kolegom i mnie na szkolnym rejsie Makami (to znaczy jachtami typu Mak) pod koniec zeszłego stulecia. Otóż postanowiliśmy zrobić zbiorczy kisiel z tego, co każdy wziął ze sobą. Podzieliliśmy kisiele kolorami – czerwone i żółte, innych nie produkowano – i zaczęliśmy gotować te czerwone: żurawinowy, truskawkowy, wiśniowy… W jednym garnku, wszystkie naraz. Kiedy już wieloowocowy kisielek bulgotał sobie radośnie, zawitała do nas załoga sąsiedniej łódki i zgodnie doszliśmy do wniosku, że przysmaku będzie stanowczo za mało, by wyżywić wszystkich patrzących pożądliwie w stronę garnka. Szybciutko więc dolaliśmy odpowiednią ilość wody, rozrobiliśmy w kubku kisiele w kolorze żółtym i dolaliśmy do gotowego już kisielu. Hm. Resztę tak obiecująco zaczętego wieczoru spędziliśmy na wydłubywaniu żółtych glutów z burej, rzadkiej zawiesiny o trudnym do określenia smaku. Wniosek: nie należy być za bardzo gościnnym.

Teraz anegdota kisielowa z młodszego pokolenia, choć też wyjazdowa: otóż Starsze Dziecko jest zagorzałym KIK-owcem, czekającym z niecierpliwością na każdy obóz, nie tylko ze względu na towarzystwo (o ileż ciekawsze od ukochanych rodziców wraz z młodszą siostrzyczką) i obozowy „fun” (w odróżnieniu od nudnych wakacji na działce w powyższym gronie), ale również z powodów kulinarnych. Wprawdzie obozy nie słyną z wyszukanej kuchni - makaron, ryż i sos pomidorowy w rozmaitych wariantach – z drugiej jednak strony takie menu jest jak... jak... jak barszczyk z baru mlecznego – wszyscy nań narzekali (że za słodki, za kwaśny, za słony i że jest go za mało), ale w głębi duszy każdy za nim tęskni. Starsze Dziecko regularnie wspomina jedyny deser, który wzbudził jego wątpliwości, a mianowicie ciepły, rzadki kisiel ananasowy, w którym pływały wodniste kawałki ananasa z puszki… Zaniepokojonym KIK-owskim sceptykom śpieszę donieść, że było to na pierwszym obozie grupy Starszego Dziecka i od tego czasu zarówno kadra, jak i dzieci poczynili ogromne kulinarne postępy!

Z dzieciństwem kisiel kojarzy mi się bardzo milutko: otóż Mamusia moja zwykła była podawać na zakończenie powszedniego obiadu jakiś mały deserek – a to budyń, polany konfiturą wiśniową lub truskawkową, a to kompot (zawsze w eleganckich miseczkach, zgodnie z przedwojenną zasadą, że jeśli nawet skromnie, to z klasą) lub właśnie kisiel. Na co dzień Mamusia wykorzystywała produkty uspołecznionego przemysłu spożywczego (oczywiście nie dotyczyło to konfitur!), ale zdarzało jej się raz na jakiś czas zrobić kisiel z żywych owoców – żurawin lub porzeczek. I taki domowy kisiel to jest jedna z najlepszych rzeczy na świecie, szczególnie jeśli jest jeszcze ciepły, polany zimnym mlekiem i posypany łyżeczką cukru – kontrasty kolorystyczne oraz termiczne plus chrupanie cukru w zestawieniu z glutowatością (w najlepszym tego słowa znaczeniu) kisielu składają się na kombinację jedyną w swoim rodzaju. A swoją drogą – pamiętacie „Baśnie, bajki, bajeczki” Aleksego Nikołajewicza Tołstoja? Zawsze mnie zachwycało, że płynęły w nich mleczne rzeki, a brzegi ich zrobione były z kisielu – bądź co bądź narodowego rosyjskiego deseru...

Ostatnio zaś, czytając Młodszemu Dziecku najlepszą książkę Krystyny Siesickiej, a mianowicie „Przez dziurkę od klucza”, natrafiłam na następujący passus:
„Chyba pójdę po żurawiny i zrobię wam taki rzadziutki kisiel do picia, może to mi poprawi samopoczucie. Ile mam kupić, babuniu? Tak, żeby mi wyszło około trzech litrów tego picia?
- Trzydzieści deka, Joasiu!
- A cukru?
- Pewnie około ćwierć kilo, ale to musisz spróbować, kiedy się już rozpuści, i w razie czego dodać jeszcze trochę.
- Myślę, że mi się to jakoś uda, mam takie przeczucie! Więc tak: najpierw zagotuję żurawiny w małej ilości wody i zaraz przetrę je przez cedzak, potem doleję do tego resztę wody, wsypię cukier i kiedy już się to wszystko będzie gotowało, wleję siedem czubatych łyżeczek mąki ziemniaczanej rozpuszczonej w zimnej wodzie, tak, babuniu?
- Tak, kochanie, i pamiętaj, żeby mieszać kisiel bardzo energicznie w chwili dodawania mąki. Zdejmiesz z gazu, gdy tylko zagotuje się i zacznie gęstnieć. Ale pamiętaj, Joasiu, że to ma być picie, a nie klasyczny kisiel.
- Wiem, o czym babunia myśli! O tym klajstrze, który zrobiłam poprzednim razem! To bardzo uprzejmie z babuni strony, że babunia o nim mówi „klasyczny kisiel”!”

Nic dodać, nic ująć - tak właśnie się robi najlepszy kisiel pod słońcem, z tym że jeśli ma być do jedzenia, a nie do picia, trzeba właściwie dobrać proporcje płynu i mąki. Zauważyliście z pewnością, że w przepisie pojawia się enigmatyczne „doleję do tego resztę wody”. W praktyce wygląda to tak, że w garnku powinniśmy mieć mniej więcej tyle przecieru z wodą i cukrem, żeby była szklanka płynu na porcję kisielu (w wersji „klasycznej”). Kiedy przecier owocowy się zagotuje, powoli wlewamy rozrobioną mąkę i – mieszając! - patrzymy, czy kisiel uzyskał już odpowiednią konsystencję – nie musimy wlewać całego ziemniaczanego roztworu! Uwaga – po wystygnięciu kisiel zgęstnieje, ale jak się już rzekło, najlepszy jest ciepły. Z zimnym mlekiem i cukrem.

Jeśli zaś chodzi o taki rzadki kisiel do picia, to spotkałam się z nim tylko na koloniach w Inowłodzu nad Pilicą, gdzie dawano go nam podczas upałów. Ponieważ jednak drugą opcją była zimna, lekko osłodzona mięta, nie miałam wątpliwości, co wybrać.
O szkolno-stołówkowych kisielach z czasów edukacji przymusowej wspominać natomiast nie warto, miały one bowiem taką konsystencję, że jakby ktoś je wyjął z miseczki i rzucił w nielubianego kolegę, mógłby w następstwie swego czynu wylądować na dywaniku u dyrektora pod zarzutem rozboju w stołówce z użyciem niebezpiecznego narzędzia.

No i patrzcie, kto by pomyślał, że skromny kisiel rozleje się na całą niemal Gazetkę…

Ale na koniec jeszcze cytat z maila od Tatusia, który miał problem z historyczno-polityczno-społecznym wydźwiękiem Gazetki o socjalistycznym menu. Cytuję in extenso: „Dziękujemy za gazetkę, którą przeczytałem (ja, tata) z zainteresowaniem, ale i z pewnym zakłopotaniem. Otóż w mojej pamięci PRL zakodowało się jako kraj, gdzie mięso było wyłącznie na kartki i to nie zawsze, tylko jak "rzucili" - a tu w cytatach z książki kucharskiej i befsztyki i cielęcina i podroby rozmaite, słowem kraina obfitości. Dopiero jak przeczytałem, że wydanie "Kuchni polskiej" to rok 1955, coś mnie oświeciło (…).

A więc zaczęliśmy się zastanawiać z Mamą, jakie zaopatrzenie było w tych latach i czy były kartki na mięso. Mówiąc szczerze - nie pamiętamy. Pamiętam za to, że wprowadzenie w roku 1976 kartek na cukier było wielkim szokiem. Potem asortyment towarów kartkowych poszerzał się lawinowo, aż doszło do kartek na papierosy, zapałki, mydło i ...wódkę, i wiele, wiele innych artykułów (może pamiętasz jeden z programów Kabareciku Olgi Lipińskiej na ten temat, gdzie jest mowa o kartkach na damskie majtki wydawane tylko kobietom pracującym na drabinie). Pojawia się również w tym czasie instytucja baby z cielęciną. Były również wyprawy na wieś po mięso, co było oczywiście surowo zabronione. Zmierzam do tego, że czytelnicy z Twojego pokolenia mogą pomyśleć, że "za komuny" wcale nie było tak źle, jak opowiadają starsi ludzie.”

Nie wdając się tu w żadną dyskusję (gdzieżbym śmiała), niniejszym oświadczam dobitnie, iż Tatuś ma rację: ZA KOMUNY NIE BYŁO FAJNIE!!! Pamiętam, więc potwierdzam. Może zatem autorzy moich kucharskich książek z lat 50. i 60. chcieli siebie i swoich czytelników po prostu podnieść na duchu?

No, lecę zrobić dzieciom kisielek,
pozdrawiam serdecznie

Natalka




Podziel się linkiem: