W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X

Piece of cake

Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / Kilka słów o pewnej książce (warstwa ideologiczna)

Menu


Wasze komentarze

Ciekawostki i specjały kulinarne wprost do Twojej skrzynki. Podaj adres e-mail:


Partner

Dodaj Gazetkę do Google


Wieczorna gazetka kuchenna


Kilka słów o pewnej książce (warstwa ideologiczna)

Motto: „Ogólny kierunek prac jest następujący: 1. wyjęcie produktów i sprzętu na stół, 2. wykonywanie prac przygotowawczych przy stole, 3. nadzór nad cieplnym przerobem potraw, 4. wykończanie potraw, 5. podawanie ich do stołu, 6. zmywanie naczyń.”*

Z góry przepraszam Drogich Czytelników, że dzisiejsza Gazetka składać się będzie głównie z przepisanych fragmentów tytułowej książki – nie wynika to w tym akurat przypadku z mojego lenistwa (jak mawia mój męsko-szowinistyczny Mąż: „kobiety są po prostu gnuśne” – chyba mu znowu nie usmażę faworków w tym karnawale, tak wychowawczo), a z tego, że zwyczajnie nie umiałam się samoograniczyć! Cały wstęp godzien jest cytowania, a tu z powodu szczupłości gazetkowego miejsca muszę powybierać jedynie co smakowitsze kąski! Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, iż przepisywanie wymaga również pewnego wysiłku, o czym nie zależy zapominać, a i dokonanie właściwego wyboru cytatów połączone jest z tzw. procesem myślowym, niełatwym przecież. Widzę, że język omawianego dziś obiektu udzielił się i mnie…

A omawiać będę przecudnie przecudną książkę kucharską „Kuchnia polska” z 1955 roku. Dostałam ją w spadku po moim wyemigrowanym na Zachód wuju, który poza książką zdaje się zbyt wiele z Ojczyzny nie zabrał, za to na emigracji dorobił się nie tylko w sensie zawodu wyuczonego (architekt miejski), ale i rodzinnego (żona i dwoje dzieci). Wujowi zmarło się kilka lat temu (pisałam zresztą o wuju w Gazetce Kiwi w Kaufungen (dla mojej niemieckiej ciotki Renate)), a w jakiś czas po tym smutnym fakcie przyszła pocztą książka. Duża, gruba i smakowicie podniszczona. Od tego czasu stoi na honorowym miejscu na półce z pamiątkowymi książkami kucharskimi, tuż obok książki mojego dzieciństwa, z której nauczyłam się nawet nie tyle gotować, co czytać, czyli „Kuchni warszawskiej”, tym razem z roku 1961. Rzadko do tych dzieł zaglądam, wyznaję, gdyż wolę raczej kuchnię azjatycką, bądź śródziemnomorską. Ostatnio jednak zmuszona byłam odkurzyć zarówno te cegły, jak i własne kompetencje w zakresie gotowania po polsku, jak bowiem wspominałam w zeszłym tygodniu, Dzieci powróciły z wakacji pełne patriotycznego entuzjazmu do kuchni ojczystej. A gdy już zaczęłam czytać, to nie mogłam się oderwać – przekopałam się przez cudowną przedmowę polityczną (w latach 50. większość książek musiała najpierw uzasadnić swe istnienie przydatnością do budowania świetlanej przyszłości), przez rozkoszny rozdział „Organizacja pracy w kuchni”, przez zasady racjonalnego socjalistycznego żywienia, nie mówiąc już o przepisach. O, na przykład taki cytacik ze wstępu:

„Zdrowie, tężyzna fizyczna i tzw. samopoczucie są w dużej mierze wynikiem sposobu odżywiania się. (…) Rzecz jasna, że problem racjonalnego żywienia nie był i nie mógł być prawidłowo rozwiązany w Polsce kapitalistycznej, gdzie istniała ogromna dysproporcja między złym odżywianiem się szerokich mas ludności a luksusowym odżywianiem się uprzywilejowanych grup ludności. Ustrój socjalistyczny, wysuwając na pierwszy plan dobro człowieka, dąży nieustannie do poprawy jego bytu”.

Nieustannie. Święta racja. Co mnie szczególnie rozbawiło, to określenie „tzw.” przed słowem „samopoczucie” – czyżby to określenie nie licowało z etosem człowieka pracy? Zagubiło się w dialektyce?

Dalej w przedmowie jest długo i barwnie o konieczności zwiększenia produkcji rolnej, o właściwej pracy przemysłu spożywczego oraz o upowszechnianiu nauki o żywieniu człowieka („czynnik oświaty decyduje w poważnej mierze o sposobie i stanie odżywienia całej ludności”), czego w detalach już Wam oszczędzę, żeby nie przedłużać. Przy omówieniu typów posiłków w gospodarstwie domowym, szczególnie zachwycił mnie passus:

„Przyjęcia dla dorosłych mogą mieć charakter: nieoficjalny, gdy goście przychodzą bez zapowiedzi; półoficjalny, gdy celem wizyty jest w zasadzie np. spotkanie towarzyskie i rozmowa lub bridż; oficjalny, gdy zapraszamy gości zwykle w związku z jakąś okazją (jak otrzymanie odznaczenia państwowego, rocznica ślubu itp.)”

Patrzcie, jak zdobycze systemu kształtowały codzienne życie obywateli – przyszłoby Wam dziś do głowy zastawiać stół (na którym, zgodnie z wykładnią, winien leżeć „czysty, dobrze wyprasowany obrus, który może posiadać zaprasowane kanty, przy czym środkowy kant powinien przebiegać przez środek stołu. Obrus ma spadać ze stołu około 30 cm – równo z każdej strony”) kryształami („wazony kryształowe odpowiednie są przy uroczystych przyjęciach”) i rozmaitymi delikatesami („organizacja przyjęcia oficjalnego wymaga starannego doboru potraw i znacznego nakładu pracy”) z okazji otrzymania „odznaczenia państwowego”?! No chyba, żeby to był Orzeł Biały, ale statystycznie trudno na to liczyć. Przyznam też, że miałabym problem dostosowania się do wymagań ustroju, jeśli chodzi o ten zaprasowany kant i zwisanie po bokach. Well, nobody’s perfect.

I jeszcze – niestety już na koniec - mój cytat ukochany, z rozdziału „Organizacja pracy w kuchni”, może przydługi, ale czytajcie uważnie (wytłuszczenia moje):

„Duże zaabsorbowanie kobiet wynikające z ich udziału w życiu gospodarczym i społecznym wymaga najdalej idącej pomocy wszystkich członków rodziny w pracach domowych: zarówno w dokonywaniu zakupów jak i przyrządzaniu posiłków i czynnościach porządkowych. W pracach tych powinni uczestniczyć wszyscy w miarę czasu, sił i umiejętności. Także dzieci nawet kilkuletnie obciążamy pewnymi obowiązkami wdrażając je do czystości, porządku i wspólnej pracy dla dobra całej rodziny. Może to być zadanie polegające na wycieraniu naczyń umytych przez starszych, nakryciu stołu do posiłku itp. Młodzieży polecamy dokonywanie zakupów (np. mleko i pieczywo przed pójściem do szkoły), mężczyznom zaś można przydzielić wszystkie prace gospodarskie związane z większym wysiłkiem fizycznym (np. mielenie mięsa), a nie wymagające znajomości sztuki kulinarnej na ogół lepiej opanowanej przez kobiety. Tylko przy tak zorganizowanej współpracy możliwe jest łączenie pracy domowej kobiet z zawodową i społeczną, z potrzebą czytania i dokształcania się i z koniecznością udziału w ogólnym życiu kulturalnym.

No i jak ten ustrój mógł upaść?!

Pozdrawiam serdecznie

nareszcie świadoma swej roli społecznej Natalka

*zarówno motto, jak i wszystkie inne cytaty pochodzą z książki „Kuchnia polska”, Polskie Wydawnictwa Gospodarcze, Warszawa 1955

PS. A o samych przepisach z lat 50. ubiegłego wieku będzie za tydzień, bo dziś się już nie zmieszczą. Jak zwykle.




Podziel się linkiem: