W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X

Piece of cake

Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / O pułapkach bycia Dobrą Mamusią – czyli słów kilka o najnowszych (kulinarnych) osiągnięciach

Menu


Wasze komentarze

Ciekawostki i specjały kulinarne wprost do Twojej skrzynki. Podaj adres e-mail:


Partner

Dodaj Gazetkę do Google


Wieczorna gazetka kuchenna


O pułapkach bycia Dobrą Mamusią – czyli słów kilka o najnowszych (kulinarnych) osiągnięciach

Po ostatnich Gazetkach poczułam pewne umysłowe (nazwijmy je nawet: intelektualne) wyczerpanie – układanie własnych obserwacji i wrażeń w mniej lub bardziej zrozumiałą całość nie jest wszak zajęciem łatwym, a już wyciąganie z nich jakichś, nie daj Boże, logicznych wniosków powoduje nieunikniony zamęt wśród szarych komórek.

Zajmijmy się dzisiaj czymś prostszym, niż analiza przerostu formy nad treścią w sztuce kulinarnej, czymś nie wymagającym wielkiego namysłu, ot zwykłą, nieskomplikowaną opowieścią stricte kuchenną. Chciałam Wam mianowicie opowiedzieć o moich ostatnich szczególnie spektakularnych osiągnięciach, nie chwaląc się. Można by w zasadzie określić je mianem kulinarnych, faktem jednak jest, że choć nadawały się do jedzenia (i zostały w istocie skonsumowane), nie smak był w nich najważniejszy. Jest to zupełnie wbrew moim zasadom, ale co robić - stałam się ofiarą nieodmiennie zgubnego napadu emocjonalnego pod tytułem: „Któż To, Ach Któż To Jest Najlepszą Mamusią pod Słońcem?!”. Zobligowana zatem proszącym spojrzeniem domowej dziewięciolatki zgodziłam się – wbrew protestującemu rozsądkowi – upiec i udekorować Wielki Tort Halloweenowy! Jak co roku bowiem, i w tymże urządziliśmy wielką imprezę z tej miłej okazji dla bliższych i dalszych znajomych (zaplątał się nawet amerykański skaut z drużyny Starszego Dziecka, zresztą może ich było więcej - nie bardzo ich odróżniam, poza tym wszyscy na imprezę i tak przychodzą przebrani; skauta nieomylnie rozpoznałam po tym, że przyszedł w kostiumie hotdoga…). Byłabym zapomniała – korzystając z okazji, oświadczam tu uroczyście wszystkim zatroskanym moją postawą, że przez cały wieczór nie dopatrzyłam się żadnych przejawów większej (niż zwykle) degeneracji, nikt nie próbował oddawać czci niewłaściwym istotom (choć jeden Pan nazbyt często zerkał ze swojego kąta w stronę całkowicie zamężnej Pani…), zaś świece były głównie pomarańczowe (tu trochę podpadam, dynie nie mają ostatnio w Ojczyźnie dobrej prasy...).

Wracając do tortu – został on wypatrzony przez Młodsze Dziecko w nierozważnie nabytym przeze mnie okolicznościowym piśmie Marthy Stewart*. Oprócz cudownych sposobów, jak własnym sumptem z gospodyni domowej przeistoczyć się w Kobietę-Ćmę, jak niewielkim kosztem zmienić ogródek przydomowy w całkiem obiecujący cmentarzyk lub artystycznie wyciąć tuzin dyń, Pani Stewart proponuje nam także najróżniejsze, utrzymane w czarno-zielono-pomarańczowej kolorystyce halloweenowe smakołyki.

No i Dziecko poszło na całość – z całego periodyku nieomylnie wybrało najtrudniejsze w produkcji, najbardziej pracochłonne i obarczone najwyższym stopniem ryzyka kompletnej klęski danie. Konkretnie? Dwupiętrowy tort czekoladowy, uwieńczony nawiedzonym domem precyzyjnie wykrojonym z kruchego ciasta oraz wieloma bardzo pracochłonnymi ozdóbkami…

Artystka ze mnie jak, nie przymierzając, z koziego rożka trąba (wiem, że zazwyczaj powiedzenie to dotyczy zgoła innej części ciała tego miłego zwierzątka, jednak u mnie w domu zawsze dotyczyło rożka i basta), musiałam zatem zaprząc do roboty całą moją determinację. Sam tort – betka, nie takie rzeczy się w życiu robiło. Przynajmniej tę część zadania postanowiłam maksymalnie uprościć: policzyłam sobie szybciutko, że przepis Pani Stewart angażuje 2 (słownie: dwa) kilogramy masła, 27 (dwadzieścia siedem) jajek oraz niemal 70 (siedemdziesiąt) deka czekolady i zdecydowałam, że samo ciasto upiekę według sprawdzonego i niezawodnego przepisu z PieceOfCake: Biszkopt czekoladowy (podstawowy) - szybko się robi, zawsze udaje i łatwo je pokroić na poziome warstwy. Teraz ozdóbki - krem czekoladowy? Zgoda, ale tylko w celu obsmarowania tortu dokoła, do środka trzeba by dać coś lżejszego, bo inaczej nie dam rady podnieść patery z gotowym dziełem i wnieść jej „na salę”, co zniweczy cały oczekiwany efekt! Uznałam, że najlepiej sprawdzi się krem z galaretki i bitej śmietany, wzmocniony barwnikiem spożywczym: galaretkę rozpuszczamy w szklance wrzątku, doprawiamy odpowiednim barwnikiem i studzimy. Półtorej szklanki zimnej kremowej śmietanki ubijamy na prawie sztywno i mieszamy starannie z gęstniejącą galaretką – i krem gotowy. W dolnej części użyłam zielonej galaretki agrestowej, zaś w górnej – mocno różowej galaretki malinowej.

Przepis na krem czekoladowy też wzięłam z PieceOfCake (Krem czekoladowy do tortów) – w sytuacjach stresowych lepiej nie ryzykować – i po złożeniu wszystkich części do kupy udało mi się nim całkiem udatnie pokryć całą powierzchnię „upiornego wzgórza”.

Poszło sprawnie, co dało mi jakąś nadzieję wyjścia z całego przedsięwzięcia z twarzą. Zostało jednak jeszcze zadanie najtrudniejsze i najbardziej pracochłonne – nawiedzony, psiakość, domek. Z szybkami z karmelu w dziesięciu (!) oknach, z otwieranymi drzwiami, z dachem z ziarenek słonecznika (!) i podświetlaną postacią cmentarnego stróża… A, i jeszcze drzewko tam było. Drzewko, które uratowało cały projekt.

Wszystko nadal szło bardzo sprawnie, nad podziw. Ciasto czekoladowe na te wycinanki rozwałkowało się dobrze, nie połamało przy przenoszeniu na blachę i udało mi się go nie przypalić! Robienie szybek z karmelu to czysta przyjemność, ale po latach produkcji piernikowych domków czarownicy oraz bogato zdobionych ciasteczek na choinkę mam w tym niejaką wprawę. Oklejanie domku dachówkami z pestek dyni (są ciut większe, niż słonecznikowe) było może męczące dla kręgosłupa, ale bez przesady, dało się przeżyć. Znalazłam nawet bezpieczne miejsce – konkretnie garaż – do przechowania wszystkich tych wycinanek, bez zagrożenia ze strony psa (a mamy złe doświadczenie, gdyż seter nasz nie oparł się raz pokusie blachy pełnej świeżo upieczonych pierniczków…).

Na ostatnią chwilę zostało mi już tylko ustawienie ozdóbek – schody, biegnące przez całą wysokość tortu, zrobiłam z kawałków ciasta i dało się bez większego trudu przylepić je do siebie resztką kremu. Poustawianie nagrobków (a dzięki karmelowi lśniły jak lastryko – mój pomysł, nie chwaląc się) też nie było skomplikowane, no i doszłam wreszcie do gwoździa programu. Szczęśliwie najpierw podniosłam z blachy wspomniane drzewko… i pac, przełamało się pod swoim ciężarem! A wszystkiemu winien klimat - pogoda w czasie naszego Halloween była wprawdzie piękna, ale i wilgotna, słynny belgijski opar nasączył sobą moje ciasteczkowe drzewko i katastrofa! Domku bałam się już podnosić, bo nawet na oko wyglądał mi podejrzanie… Ale tak się poddać? Nigdy!

Zrządzeniem Opatrzności w kuchni bawił mnie rozmową i wsparciem duchowym Przyjaciel, Paweł K. Nie stracił on głowy w obliczu nadciągającej klęski i wpadł na świetny pomysł wstawienia blachy z upiornym (w podwójnym już sensie) domem do zamrażalnika. Jak wiecie z wielu poprzednich Gazetek, włożenie czegokolwiek do (a i wyjęcie z) mojej zamrażarki graniczy z cudem, ale cud się właśnie zdarzył (moim zdaniem jest to dowód na nieszkodliwość Halloween) i po usunięciu mrożącej się flaszki napoju Russkij Standard udało się umieścić blaszkę wewnątrz.

Zamrożony na fest domek dał się już bez problemu ustawić na właściwym miejscu, papierowy stróż (wycięty pracowicie i precyzyjnie przez Dziecko Starsze z kawałka czarnego kartonu) został podświetlony przez świeczkę i dzieło połączonych wysiłków wielu osób wjechało na stół…

(a w tle to ja...)

Cała Gazetka o jednym torcie – no no no… Inne osiągnięcia się już nie zmieściły. Za to za tydzień będzie o myszach!

Pozdrawiam serdecznie,

zdumiona własną determinacją

Natalka

* Martha Stewart jest osobą powszechnie znaną, a jej aktywność jest tak wielka, że aż niemierzalna i na pewno każdy z Was choć raz zetknął się z jakimś jej przejawem – czy to programem telewizyjnym, pismem, czy też informacją o fatalnych w skutkach operacjach finansowych. Nie podołam jednak w tej chwili szczegółowemu opisowi tego unikalnego zjawiska…

PS. Zdjęcia autorstwa mojej Przyjaciółki Ani P., Starszego Dziecka i moje. Oprócz mojego nie wiem, które czyje, bo wyrywali sobie aparat...




Podziel się linkiem: